Widze sie w pięknej scenerii dawnych lasów nietkniętych chorobą zwaną 'ludźmi'. Wzlatuje wysoko w korony czarnych drzew, zdaje sie ze sie uśmiecham! Tak! Chce dalej, wyżej, głębiej!! Czuje wolność w każdym ułamku fikcyjnej sekundy. Kajdanki jakby luźniejsze, sznur jakby mniej drażniący gardło... Czy to możliwe? Zaciskam mocniej, oddaje sie szaleńczej wizji. Wiruje wraz z ptakami wsród niebiańskiego mroku. Kruki, jakże pięknie wygląda ich czerń w blasku trzech księżyców. Słabnę, tracę moc, bezwładnie spadam w dół, ocieram sie twarzą o spruchniętą ziemie, zalaną krwistą mazią. Moja krew wypływa powoli z kolejnych świeżych ran nadgarstków. To nic, nie boli, pomaga, ukaja ból którego nie jestem sie w stanie pozbyć, którym rzygam razem z psychotropami w szaleńczych dawkach.
Chce jeszcze, zaciskam do łez, nie puszczę, tym razem nie wroce, dam radę, obiecuje.
Pisanie pomaga, dzięki
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz